niedziela, 26 lutego 2012

paczka

Zawsze chciałam mieć paczkę, ale o to ciężko, gdy się ciągle przeprowadzasz. Gdy miałam kilkanaście lat marzyłam o tym, żeby mieć koleżanki "z bloku". Wygrzewanie się popołudniami na osiedlowych ławkach jawiło mi się pełnią szczęścia. Kumpele w zdartych adidasach, pękające łupinki ziarek słonecznika, blokowe sztamy i konflikty, rzucanie w okno kamykami i niekończące się rozmowy na stacjonarnym- tak wyglądało wtedy dla mnie idealne życie, którym nigdy nie udało mi się żyć.

Oczywiście miałam znajomych i ludzi, o których myślałam w kategorii przyjaciół. Był nawet moment, gdy miałam ich naprawdę wielu. Z reguły jednak wplątywałam się w kumplowskie relacje w których zawsze byłam czyimś wasalem. Moje koleżanki były ode mnie ładniejsze, bardziej wyszczekane i zdecydowanie bardziej bezkompromisowe w korzystaniu z życia. W amerykańskich komediach w kręgu highschool'owych przyjaciółeczek jest zawsze jedna brzydka (albo otyła). Ja byłam chłopczycą wśród wydelikaconych panien, dziewczyną, która pluje najdalej i beka najgłośniej. Z drugiej strony nie uczyłam się tak dobrze jak koleżanki (choć czytałam dużo i uważałam, że jestem najmądrzejsza), wracałam do domu o północy, a mama często mi "nie pozwalała". Zawsze jakoś niżej w hierarchii. Dla innych byłam spoko, bo bujałam się z popularnymi dziewczynami, wygolone kuriozum w świecie licealnych roszad. Widzę to bardzo wyraźnie z perspektywy czasu i żałuję, że wtedy miałam bardziej zamglone spojrzenie na świat.

Paradoksalnie, właśnie teraz, kiedy mieszkam kilkaset kilometrów od osiedli, na których kiedyś tak opętańczo chciałam rządzić- mam swoją paczkę. Mam przyjaciółki jak z girlsbandu- każda w innym kształcie, jedna chuda jak konik polny, inna o biuście obfitym i miękkim. Mam histeryczki i racjonalistki, blondynki i brunetki, z tatuażami i o czystej, alabastrowej skórze. To dzięki nim czuję, że stoję na ziemi pewnie, bo wystarczy jedna wiadomość, a w moim portfelu materializuje się stówka i mam co jeść. Pamiętam, jak rok temu przepłakałam tydzień i z tej rozpaczy nie myłam się, nie mówiąc o prowadzeniu normalnego życia. One przywoziły mi obiady, zmuszały do kąpieli, racjonalizowały fakty i wreszcie wypiły ze mną tyle wódki, że na prawdę przestało boleć. Są inne, niż kobiety, które znałam do tej pory. Niezależne intelektualnie, wyraziste, inspirujące. Nie obrażają się, nie zazdroszczą.

Wczoraj miałyśmy zjeść razem obiad u jednej z nich. Niestety piekarnik się popsuł i wszyscy wylądowaliśmy u mnie. Byłam wściekła, bo nie miałam wystarczającej ilości szkła i krzeseł. Wiedziałam, że potem będę sprzątać mieszkanie przez kilka godzin. Ale gdy usiadłam u szczytu stołu i podkuliłam nogi, spojrzałam na nie. Śmiały się, przytulały się do swoich facetów, popijały wódkę winem, mówiły z ustami pełnymi wege żarcia. Patrzyłam na to wszystko i pomyślałam: to jest szczęście. Piliśmy bordeaux ze szklanek, w tle stała meblościanka w kolorze kupy, a ja mimo to pękałam z radości, że udało mi się przyłapać ten moment.

Gdy czuję, że jest mi komfortowo albo po prostu dobrze, mam w zwyczaju mówić: mogłabym tak umrzeć.
Wczoraj po raz pierwszy pomyślałam: nie chcę nigdy umierać. jest spoko.

środa, 8 lutego 2012

japy, mordy i 23 lata

Japy i mordy, ciągle te same. Ostatnio nie wychodzę z domu wcale, w zainteresowania powinnam sobie wpisać: koc i miękki fotel. Do tego moja fizjologia rozpycha mnie od środka flegmą, gęstą chorą śliną i pulsującym sercem w nasadzie nosa. Nic dziwnego, że niezbyt chętnie pojawiam się na warszawskich rautach. W zeszłym tygodniu zmieniłam zdanie (po krótkiej wojence z chłopcem, co chciał bardziej, podczas gdy ja chciałam mniej) i poszliśmy do kulturalnej na koncert. Wiedziałam co się święci, więc przygotowałam staranny makijaż (highlight: sztuczny pieprzyk), wyciągnęłam najbardziej ekstrawagancki sweter o fakturze mopa Viledy, wpięłam ciężkie kolczyki w tunele. We wnętrzu nie zdjęłam czapki, bo- jak już mówiłam- dokładnie wiedziałam jak będzie.
Japy i mordy. Wszyscy patrzą na wszystkich. Niby chodzi o muzykę, o alternatywny spleen powrotów do lat 90., ale tak naprawdę ważna jest obczajka. Na wejściu słyszę, że ładne mam te kolczyki. Dziewczyny oceniają się, oglądają stylizacje i przestrzeń klubu zamienia się w jeden wielki blog modowy. Dominuje bordowa szminka, rozjaśniane włosy, krótkie czupryny, sztyblety. Kojarzę większość twarzy- z planu b, z powiśla, z placu zabaw, nawet z jadłodajni i mam dreszcze. Ze smutkiem obserwuję, że wszystkie laski mają ode mnie nieco staranniejszy makijaż i ładniej ułożone włosy, szczuplejszą sylwetki i w ogóle jakoś tak im lepiej we wszystkim.
Chłopcy nie są gorsi. Przeczesują włosy, co ma się wtajemniczonym kojarzyć z Jamesem Deanem. Artystka pojękuje, ludzie na siebie patrzą. Rozglądają się, czy na sali nie ma przypadkiem kogoś, z kim już spali i kogo raczej głupio ponownie spotkać. Szukają również wzrokiem tych, z którymi jeszcze nie spali, ale byłoby całkiem miło.

Ja zastanawiam się, jakie ja w tym wszystkim mam miejsce.

Czy ja też jestem japą. Chyba tak. Ja też czuję to niewytłumaczone ssanie, żeby się odpicować przed wyjściem na jedno piwo na plac zbawiciela i gapię się na cudze legginsy. To straszne. To takie puściutkie, a z drugiej strony, jak utrzymać idealny balans? Jak być całkiem mądrą ale nie przeintelektualizowaną i sztuczną? Jak być zadbaną, ale jednak ciągle trochę rebelią? Jak szydzić (a nie dajcie się zwieść mojemu cieplutkiemu blogowaniu, zdarza mi się to często!) i jednocześnie nie być w tym śmieszną? Jak mieć wizerunek (bo przecież lubię go mieć!), ale chować coś pod nim? Pracuję teraz w bardzo komercyjnej firmie przy bardzo komercyjnych projektach, o których potem internauci piszą: „co za gówno, świat się kończy”. To mi daje pieniądze, ale też konfunduje. Ja to kiepski mainstream czy jednak jakiś tam potencjał?
W sobotę kończę 23 lata i coś czuję, że to dopiero początek.

niedziela, 8 stycznia 2012

zwierzenia w internecie zawsze są żenujące

Cóż, powiedzieć, że zaniedbałam pisanie to mało. Nie pamiętam, kiedy ostatnio grzebanie w edytorze tekstu kończyło się happy endem. Paradoksalnie- nie piszę, żeby móc żyć z pisania. Zmieniłam w swoim życiu wszystko; wyjęłam mój pretensjonalny kolczyk znad warg (i tak go kochałam), ostrzygłam się (styl: wojenna sierota), porzuciłam studia i zmieniłam pracę. "Ucz się pilnie jak Mickiewicz w Wilnie", słyszałam to w rodzinnym domu po każdym kęsie pieroga. Walka o niezależność to bitwa 24/7, więc nic dziwnego, że jakoś nie chciało mi się pisać kiepawych historyjek, skoro nawet nie bardzo miałam czas się wzruszyć. Parę walk wygrałam, mam pas federacji zapierdol i kilka pucharów na koncie. Porzuciłam gastronomię- i mam nadzieję, że do suki nigdy nie wrócę. Moja nowa praca również gwarantuje mi stały kontakt z wszelkiej maści pojebami, co dość dobrze mi służy. W redakcji jestem postrzegana jako nerd i mam jakoś ochotę utrwalać ten wizerunek, kupować sobie koszulki z robotami, hodować białe czubki na pryszczach, prenumerować "Detektywa". Przede wszystkim jednak, pierwszy raz w życiu wiem, że mogę wszystko- dlatego postanowiłam startować do pewnej łódzkiej uczelni i rozwijać się jako- pierwszy raz w życiu używam tego słowa wobec siebie!- pisarka. Modlę się, żeby ten mój podobno talent nie był żadną ściemą.

Oprócz tego przeżyłam zaręczyny w sylwestra (M. z łatwością uklękł, gorzej mu szło ze wstaniem), zajmuję głupkowatymi czynnościami typu malowanie paznokcie i oglądanie seriali (The Wire to scenopisarskie mistrzostwo), zmieniam nawyki (coraz mniej palę, coraz wcześniej wstaję), re-aranżuję przestrzeń na Polnej bo już niedługo wprowadza się do mnie M. i będziemy prowadzić słodki żywot mieszczańskiej parki. Coraz odważniej planuję swoje tatuaże, a to chyba oznacza, że już zupełnie wiem, czego chcę od życia. No i tego bloga ogarniam wreszcie.

gęba aktualizacja- najmniej symetryczna japa na ziemi

środa, 7 września 2011

życie I

Trzy miesiące temu dostałam drugi dom. Na bielanach mam już własne klapki kubota, klon mojej kosmetyczki, maszynkę do golenia i szczoteczkę. Na nazwisko mam Nadzieja, sypiam w koszulce z nadrukiem "wiara", a w tym wszystkim generalnie chodzi o miłość, więc mam życie trochę jak z biblii. W tym czasie prowadziłam skromny tryb życia, raz dziennie jedno piwo marki Perła i dieta oparta o dary natury. Prawdopodobnie nigdy więcej w życiu nie zjem już cukinii. Szczególnie placków z cukinii, które jadłam codziennie przez dobre dwa tygodnie.
Gdy jestem zakochana, jestem w szczególny sposób leniwa, więc zupełnie nie miałam ochoty szukać nowej pracy. To stąd ta cukinia, stąd też nie miałam internetu przez miesiąc (zaległe faktury), stąd w końcu długi, które teraz metodycznie spłacam. Z bólem serca musiałam się zdecydować powrót do gastrobranży. Pracuję w modnym lokalu (najmodniejszym?) przy moście Poniatowskiego i mam w związku z tym dużo różnych intrygujących ploteczek o celebrytach oraz kilka spostrzeżeń natury antropologicznej, które na pewno w jakiś przyjemny sposób spożytkuję. Pracuję nocami, więc zdarza mi się spać do 16.00. Nie sprzyja to niczemu. Nie jestem wyspana, nie jestem specjalnie ładna w związku z powyższym, rzadko robię pranie i nie dbam tak, jak powinnam o najbliższych. Dzięki napiwkom mam jednak na chleb i karmę dla kota, więc nie narzekam. Bieda idealnie zsynchronizowała się z zakazem kupowania ciuchów i kosmetyków, jaki nałożyłam na siebie w maju. Myślę, że wiem wiele o survivalu w Warszawie i mam twarde dowody, że można być classy nawet wtedy, gdy w domu przez tydzień nie ma papieru toaletowego.
Oprócz tego myślę dużo o swoim życiu (gorzko) i o sobie (nic miłego). Słucham muzyki (raczej smutnej, często nudnej). Przez trzy miesiące zdążyłam się również zidentyfikować z kilkoma bohaterami kultury: Cartmanem z South Parku, Kelly z serialu Misfits, upośledzonym Bubbles'em z Trailer Park Boys oraz ze wszystkimi męskimi bohaterami Philipa Rotha. Dość bolesna konstatacja: blisko mi do 50-letnich, zgorzkniałych, perwersyjnych i rozerotyzowanych mężczyzn borykających się z porażkami.

dziewczyny III

M. to jedna z najbliższych mi dziewcząt. Studiujemy razem, a właściwie próbujemy nie dać się wyrzucić. Od trzech lat nasze losy splatają się w luźny warkocz. Obydwie dałyśmy się omotać chudym draniom, razem też lizałyśmy rany, zapijając ciepłą wódką wszystkie niezrealizowane obietnice. Czasem gdy na nią patrzę, myślę, że jest moim dokładnym, fizycznym zaprzeczeniem. Myślę, że nigdy nie mogłybyśmy się spodobać temu samemu mężczyźnie. M. ma nos tak mały, że gdyby go dokładnie przypudrować, całkiem by zniknął. Oczy- owszem, jak moje, duże, ale szeroko rozstawione, przez co jej twarzy bliżej raczej do azjatyckich proporcji niż do europejskiego kanonu piękna. M. to delikatna, dziewczęca sylwetka, ma więcej dokładnie tam, gdzie ja mam mniej i na odwrót. Do tego M. potrafi na te swoje wiotkie ciałko nałożyć cokolwiek i zawsze dobrze wyglądać. Lubi koronki, szyfony, cienkie materiały, przez które widać jej białą skórę, ale jednocześnie ogromne swetry, które nigdy nie były modne, w typie horroru, jakim babcie terroryzują wnuczęta. Zawsze mam dreszcze, gdy wymawia słowo "sztyblety" i gdy opowiada o swoich krawieckich planach.
M. Jest rozhisteryzowaną fanką hiperbol i westchnięć, czasem roztacza wokół siebie aurę damy, czasem zupełnie odwrotnie.

Odwrotnie było w jedną z ostatnich niedziel. Odwiedziłam ją w pracy, bo obydwie dzielimy smutny barmański los. Miała na sobie koronkową, białą sukienkę ubrudzoną nieco kawą, kok upięty nisko nad karkiem i buciki z kokardkami. Siedziałyśmy na powietrzu, wbite w miękkie fotele i popijałyśmy napoje typu premium, ale na naszą kieszeń, bo na pracowniczej zniżce. Akurat, gdy rozmawiałyśmy o tym, jakie jesteśmy nieszczęśliwe, wokół nas rozsiadło się kilku chłopców. Każdy miał w ręku butelkę Królewskiego. O takich się mówi potocznie dresy, chociaż tamci akurat nosili koszulki polo i, zdecydowanie za krótkie jak na miejski obyczaj, spodenki.
M. skrzyżowała nogi w stylu Grażyny Torbickiej i się zaczęło.

Drodzy panowie, proszę opuścić to miejsce, to teren klubu, nie możecie tutaj tak po prostu siedzieć z własnymi piwami, do widzenia, nikt was tu nie chce, nie róbcie żadnych problemów. Z czego tak rechoczecie, kurwa, chyba jasno się wyraziłam? Co do mnie skaczesz, chojraku, kobietę umiesz obrażać, co, szukasz dymu to idź się napierdalać z jakimś innym łysym brzydalem, a nie mi kurwa grozisz, zobaczymy jaki będziesz kozak jak przyjdą chłopaki z ochrony, masz równie małe jaja jak mózg, wypierdalaj stąd. A ty, skoro jesteś taki ogarnięty i mnie uspakajasz, to uspokój swoich kolesiów, pewnie ci robią pałę co noc i dlatego nie masz serca upomnieć, tobie też chuj w dupę, mnie to pierdoli co masz do powiedzenia, po prostu stąd kurwa idź, nie opowiadaj mi o tym, że mieszkasz tutaj od urodzenia, bo mnie to jebie, rozumiesz, idź stąd, jest tysiąc lepszych sposobów na zrobienie dymu, rozjebcie sobie coś na mieście, a nie mi głowę zawracacie. Jak chcesz mi jebnąć, to się nie krępuj, udowodnisz, jak masz małego, a my zadzwonimy po psy.


Dobra chłopaki, idziemy stąd.
Wiesz co, mała? Ładna jesteś, ale chuj ci w dupę.

M. wzięła łyka napoju premium, poprawiła opadającą na skroń grzywkę.
Wiesz co, Oluniu, ja myślę, że kiedyś naprawdę dostanę wpierdol.

poniedziałek, 25 lipca 2011

gender/sex

Zawsze się naśmiewałam z dziewcząt. Bawiło mnie ich to wieczne rozedrganie, analizowanie godzinami randek i prostowanie włosów przed deszczem. Baby- myślałam o nich z niesmakiem, śmieszne istoty stworzone, by całymi dniami rozmawiać o mężczyznach. Na babskich wieczorkach byłam trochę z boku, nie umiałam porządnie plotkować i niewiele wiedziałam o błyszczykach. Miałam wrażenie, że gdy rozmawiam z facetami pijąc wódkę, ocieram się o prawdę, nawet jeśli plątały nam się języki i uciekały głoski. Dyskusje z dziewczynami przy fresco traktowałam co najwyżej jak ćwiczenia z retoryki. Przerażało mnie to, jak się porównują, jak dyskretnie oceniają fałdki pod bluzkami i rozmiar stanika. Zwierzały się sobie i puszyły jednocześnie, nawijały, aż pryskała ślina i nie potrafiły godzinami powiedzieć, o co im chodzi.
Baby- tak mi szło przez myśli-wy, matki pustosłowia, kochanki hiperboli, córki próżności, ja wam pokażę bardziej od grocholisroli. I bekałam, przeklinałam, opowiadałam sprośne historie i piłam litry piwa zamiast kieliszka wina. Nie chciałam być kobietą taką, jak one, wolałam robić z siebie błazna niż zamienić się w orędowniczkę "buziaczków", "kozaczków" i "ślicznotek". Mogę przyznać z całą mocą, że nienawidziłam dziewczyn i uciekałam w męskie towarzystwo.
Dopiero niedawno, gdy poznałam odpowiednie kobiety, zmieniłam zdanie. One wszystkie powinny sobie wpisać w zainteresowaniach: przesada i histeria, a mimo wszystko dogaduję się z nimi bez trudności. W gruncie rzeczy, gdy spotykamy się razem, robimy to, z czego sobie szydziłam: gadamy o facetach, porównujemy swoje cycki (tyle,że wszystkie mamy piękne) i opowiadamy o seksualnych porażkach. Z tą różnicą, że one są inspirujące, mają w życiu coś więcej, niż makijaże i sukienki i inwestują w siebie zamiast w kosmetyki. To dzięki nim przestałam się trochę bać tego całego dziewczyństwa i to dzięki nim kobiecość przestała mi się kojarzyć z obciachem.
Piszę o tym dlatego, że nigdy nie czułam się bardziej babą niż teraz. Zakochałam się bardzo poważnie, na dodatek w człowieku dość trudnym i introwertycznym. Nie ma nic wspólnego z łagodnymi i cieplusimi chłopczykami, w których gustowałam do tej pory. Im bardziej on jest męski, tym częściej trzepoczą mi rzęsy i wydymają wargi. Wpadam w panikę, gdy nie dostaję przez parę godzin smsa, zaczynam płakać szybciej, niż zdążę się zorientować. Robię wyrzuty (zupełnie jak moja matka- myślę po chwili) i jestem tak zazdrosna, że wyobrażam sobie rękoczyny. Sępię adorację, a gdy czuję, że choć przez chwilę mam jej za mało, wpadam w histerię. Czuję się jak te wszystkie moje koleżanki, wiecznie wystraszona i małostkowa, Pani Ała To Bolało, Pani Ej Weź.
Jestem tylko dziewczyną i jak to one mają w zwyczaju, przejmuję się. Zupełnie nie wiem gdzie podziało się moje opanowanie i dystans, który tak sobie ceniłam. Nie czuję niczego wspólnego z archetypem kobiety zaradnej, takiej, co nie da sobie w kaszę dmuchać, tylko zakasuje rękawy i napierdala. Zmieniłam się w wystraszoną, czujną kobietkę z powieści dworskich, kruszynkę, co potrzebuje opiekuna i prosi o bluzę, gdy zimno, zamiast nosić ze sobą własną. Może to dlatego, że mi zależy jak nigdy wcześniej. Może jednak muszę sobie odbić lata, kiedy byłam bardziej synem niż córką? Te wszystkie dźwigania bez proszenia o pomoc, eksperymenty z wiertarką, rozrabianie z kolegami, dłubanie przy komputerach?0 Może mnie ta niezależność zmęczyła? Nie mam za chuja pojęcia, w każdym razie niezbyt komfortowo mi z tą dziewczyńską wrażliwością.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

pełnie

Przyjaźniłam się kiedyś z dziewczyną, której ojciec był dość osobliwym alkoholikiem. W dzień pedant i nadopiekuńczy ojciec, przed wyjściem do szkoły wkładał jej w dłoń szorstkim gestem dwa złote na drożdżówkę, a gdy wracała do domu, dzwonił do niej, by uprzedzić, co dziś zje na obiad. Lepił swoimi wielkimi dłońmi maleńkie, napompowane farszem pierożki, przystrajał schabowe szczypiorkiem i gotował zupy, których ona nigdy nie zjadała do końca, bo tak były treściwe. Dziewczyna ta- dajmy jej na imię Basia- nigdy nie musiała sprzątać. Ojciec robił to lepiej i szybciej, przechadzał się po domu w samych slipach i świecąc wielkim, nadmuchanym brzuchem, odkurzał i poprawiał bibeloty w jej szafkach. Porządkował z czułą starannością (też kiedyś był buntownikiem) jej blackmetalowe płyty i układał pieszczochy w układzie od najmniejszej do największej. Taki był w dzień: kochający i zaradny, fan wędkarstwa i obowiązkowy uczestnik wywiadówek. Nocami jednak, gdy Basia oglądała z bezmyślnością nastolatki MTV, on nakładał swoją wytartą, skórzaną kurtkę i wychodził. Był wtedy królem melin, wielkim i niebezpiecznym, z dumą prezentował swoje powięzienne tatuaże i opowiadał kompanom, jak to się stało, że chłopak z bogatej rodziny, chowany w kryształowej kołysce i karmiony mlekiem wzbogacanym opiłkami złota, skończył w brzydkim bloku obitym blachą falistą. Miał w życiorysie upadek, precedensowe małżeństwo z biedną dziewczyną i złoty ząb w pamiątce po bójce. Jego serce jednak, ukryte pod fałdkami tłuszczu, przeżywało z taką samą melancholią każdy ulepiony pierożek i każdą wypitą lufę. Zdarzało mu się wtedy płakać, a córka słyszała tylko cichy chlipanie zza ściany. Płakał dużo, bo za czymś tęsknił, przytulał się do kota i opowiadał mu o swoim miernym życiu, o chorobach, o remoncie łazienki, który planował od lat, o żonie, która przestała go słuchać. Najgorzej było z nim, gdy nadchodziła pełnia. Wył wtedy jak wilk do pełnego księżyca i pił ze swoim smutnym bratem. Brat- nieszczęśliwy człowiek sukcesu i wielkich pieniędzy, i on miał pod swoim tłuszczykiem serce, które bolało wszystko. Pili więc nocami i drgali pożądliwie otwierając kolejne butelki. Pilnowali się nawzajem, rozwiązywali pętle, które sobie wiązali na szyjach, wyrywali z rąk kawałki szkła i żyletki i szorstko, po męsku, przytulali się, gdy nadchodził świt. I tak przez lata, każda pełnia przerywała porządki i gotowanie kolacji, Basia zostawała sama w domu i kwitowała to krótkim:
przecież jest pełnia.

My też ostatnio piliśmy w pełnię. Ciepły wieczór i zimne piwa, na które nakładamy przezornie kapsle, bo to Pola Mokotowskie, a tam zdarzają się mandaty. Podszedł do nas chłopak, miał sztywne jak gałęzie dredy, złamany nos i kolczyki w uszach. Zapytał nas, czy jesteśmy jego przyjaciółmi. Był przerażony i zupełnie pijany. No więc nie, jesteśmy twoimi przyjaciółmi, poszukaj ich, bo tutaj na pewno ich nie ma, zabieraj te browary i odejdź. On się przejął, chociaż nie bardzo rozumiał, że próbujemy się go pozbyć, rozumiał jedno. Jest noc, a on jest sam, rzucony alkoholowym zewem gdzieś w środek parku, jest sam i to oznaczało również braki w posiadaniu: brak imienia, brak miejsca zamieszkania, braki w pamięci. Miał w oczach łzy i nie bardzo wiedziałam, czy jest niebezpieczny, czy wzruszający, nie wiedziałam, czy pozwolić mu się przytulić, czy uderzyć go butelką. Postanowiłyśmy z nim pogadać, a on, unosił się honorem, bał się litości, tak mówił, bał się tego, że uważamy go pajaca, który się nawinął i robi skecz za darmo. A oczy chodziły mu na boki, jakby szukał drogi ucieczki albo domu. Był tak smutny, że miałam ochotę przygarnąć go tak, jak przygarnia się bezdomne zwierze i to nie była litość, tylko jakiś bezwarunkowy odruch, podobny do tego, który nakazuje przechodniom zatrzymać się przy wypadku albo bójce. Proszę, nie zostawiajcie mnie, powtarzał to ciągle, nie idźcie sobie nigdzie, ja pójdę po chrust i rozpalę dla was ognisko, ale nie zostawiajcie mnie, bo wszystko skończone. Poszliśmy, zostawiliśmy go samego, i czuję, że to był grzech. Zostawiliśmy go w pełni, w noc, w którą nie powinien nikt zostawać sam.